Zimowe must have w szafie

Zimowe must have w szafie
Zimowe must have w szafie

Często wspominam o tym, że minimalizm stał się moim stylem życia. Wprowadzam go w każdej sferze, szczególnie jego obecność i pozytywne efekty odczuwam w szafie i kosmetykach. Odkąd przeczytałam książkę Slow Fashion, moje życie odmieniło się o 180 stopni. Już nie narzekam, że nie mam się w co ubrać (no dobra…czasami). 

 
Zaczęłam zwracać większą uwagę na jakość, a nie ilość. Już nie kupuję byle jakich ubrań tylko dlatego, że są nowością. Kupuję z głową i widzę pozytywne efekty tych działań. Przede wszystkim dobrej jakości ubrania są trwalsze. Weźmy na przykład buty. Zawsze co sezon musiałam kupować nowe buty, bo stare się rozkleiły, rozwaliły lub były zniszczone od soli (co jest odrębnym tematem, bo bardzo z Piotrem się buntujemy przeciwko temu). W przypadku butów Emu ten problem mnie nie dotyczy. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że emu są drogie itd., ale gdyby podliczyć kupowane co sezon buty, kwota byłaby podobna. Do tego trzeba doliczyć czas na szukanie co sezon nowych butów. To nie dla mnie. Poniżej przedstawiam Wam zimowe must have, czyli spis ubrań, które powinny znaleźć się w każdej szafie (takie minimum). 
 

Wełniany sweter 

Wełniany sweter to u mnie podstawa na zimę. Bez ciepłego swetra nie ruszam się  domu (szczególnie w mroźne dni). Wełna nie tylko grzeje, ale również ma właściwości higroskopijne, czyli wchłania wilgoć. Dzięki temu w wełnianym swetrze się nie spocisz, dzięki czemu nie będzie szansy na przeziębienie. Ciepły sweter to zimowe must have. 
 

Ciepłe buty 

Wspomniałam już o butach. Dla mnie ciepłe buty to warunek konieczny na zimę. Emu pokochałam już jakiś czas temu i pozostanę im wierna (chociaż kuszą mnie Uggi). Może i nie są za piękne, ale dzięki nim moje stopy są zawsze ciepłe i suche, bo wersja, którą posiadam jest wodoodporna.

Nauszniki, czapka i inne zimowe gadżety

Kiedyś nie nosiłam czapek, bo zawsze po ich zdjęciu miałam fryzurę a’la ‚mokry, przylizany pies’. Sprzeciwiałam się czapkom,  a Babcia mówiła, że od głowy ucieka zimno…Babcia ma zawsze rację. I tak słuchając Babci zaczęłam dbać o to, żebym nie marzła w głowę. Co prawda czapka dla mnie nadal jest zła, ale nauszniki są moim wybawieniem. Nie jest mi zimno w uszy (zawsze marznę w uszy) i nie psuje mi się fryzura. Podsumowując – nie jest mi zimno w uszy i Babcia jest szczęśliwa, gdy słyszy, że nie marznę 😉 Do kompletu obowiązkowo ciepłe rękawiczki i wełniany szalik – ja swój znalazłam w zeszłym roku w TK Maxxie. Jest cienki, ale bardzo ciepły. Dodatek bawełny powoduje, że nie ‚gryzie’, a mimo to jest nadal bardzo ciepły.

A tak serio, to najchętniej zimą zapadłabym w zimowy sen lub przezimowała w jakiejś ciepłej jaskini z kocem, herbatą i dobrą książką 😉